sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 6

Prawie całą noc spędziłam na odpowiedzeniu sobie na pytanie "Dlaczego od paru dni Seana nie ma w domu?", lecz nie znalazłam właściwej przyczyny. Było to dla mnie dziwne, no bo w końcu to jego dom i bardziej bym się spodziewała, że moja matka będzie w nim rzadziej przesiadywać. Leniwie spojrzałam na budzik, który pokazywał godzinę 6:30. Mam tylko sześćdziesiąt minut by się wyspać, co jest to raczej niemożliwe.
Minęła czwarta lekcja. Powolnym krokiem szłam w stronę stołówki. Właśnie odbywała się długa przerwa, więc miałam dobre pół godziny dla siebie. Wzięłam kubek ciepłej herbaty i rozglądałam się dookoła. Wszystkie stoliki były zajęte. Zaczęłam analizować każdy kąt a moim oczom ukazał się pusty stół na samym końcu pomieszczenia. Idealnie-pomyślałam. Oparłam się plecami o ścianę, jednocześnie bujając się na krześle. Zastanawiałam się czy tak teraz mają wyglądać każde moje przerwy. Na samym początku sądziłam, że będę chodzić z Melanie, ale chyba udawała, że jest choć trochę zainteresowana przyjaźnią. Tak bardzo zamyśliłam się nad tym, że nie zauważyłam, iż do stolika przysiadł się jakiś chłopak, który robił tajemnicze wzroki na drewnie a po chwili wziął łyka swojego napoju. Mój wzrok powędrował na jego usta, które po chwili skrzywiły się, tworząc uśmiech. Poczułam jak na moich policzkach pojawiają się rumieńce. Starałam się je zakryć włosami, lecz z marnym skutkiem.
-Nie ukrywaj ich. Słodko wtedy wyglądasz-mruknął. Brunet wstał a po chwili wrócił z talerzem pełen kanapek-smacznego-rzekł stawiając naczynie na środek. Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Skąd miał pewność, że się poczęstuje? Najwidoczniej był jasnowidzem, bo po krótkiej chwili sięgnęłam po kanapkę z żółtym serem i pomidorem. Wzięłam mały kęs a potem spojrzałam na chłopaka.
-Dziękuję-uśmiechnęłam się lekko a on to odwzajemnił-tak w ogóle jestem Jacqueline-jego wzrok powędrował na mnie, ale szybko skupił się na czymś innym.
-Wiem. Dużo o tobie słyszałem. Eliot Owen-przytaknęłam a na stołówce zapanowała cisza. Na środku pomieszczenia stała dyrektorka wraz z Melanie. Cała uwaga przeniosła się na nie gdy Webb gwizdnęła.
-Proszę o uwagę!-krzyknęła dyrektorka-przerwa ta będzie wydłużona o dwadzieścia minut. Mamy pewną ważną sprawę do załatwienia i prosiłabym, aby na korytarzu panowała cisza-Melanie szepnęła coś na ucho dyrektorce a następnie wyszły ze stołówki.
-Prawdopodobnie jakaś uczennica chciała się zabić-oznajmił Eliot a ja popatrzyłam na niego z niedowierzaniem-Słyszałaś o tej dziewczynie, którą znaleźli w pobliskim lesie?-zapytał szepcąc. Kiwnęłam i oparłam głowę o dłonie. Brunet zaczął mówić dalej-uczyła się tutaj. Już nie raz próbowała odebrać sobie życie, ale za każdym razem ktoś ją nakrywał, tak jak teraz Amber. Zamknęli ją na parę tygodni w psychiatryku, ale to nic nie dało. Pewnego dnia jej rodzice wrócili do domu i zobaczyli karteczkę z napisem S.E.A.N-serca zaczęło mi mocniej bić. Czy ten skrót miał związek z "przyjacielem" mojej mamy? To jest zdecydowanie nie możliwe, bo po co miałby zabijać niewinną dziewczynę?
-Wiesz co to znaczy?-Eliot spojrzał w górę, tak jakby tam ukrywała się odpowiedź. Nie wiem czemu zrobiłam to samo, ale nic prócz białego koloru nie widziałam
-Nie wiem. Niestety nie posiadam takiej informacji
-Skąd to wszystko wiesz?
-Melanie to moja przyjaciółka a że jest wnuczką dyrektorki, przekazuje mi parę informacji-całą tą godzinę spędziłam na gadaniu z Eliotem. Polubiłam tego chłopaka. Opowiedział mi cały życiorys tej szkoły jak i również dyrektorki. Byłam w ogromnym wrażeniu, wiedzą bruneta. Naprawdę mówił to tak jakby nauczył się tych wszystkich słów na pamięć. Zapraszał mnie na imprezę, ale odmówiłam. W tym dniu Ethan wyjeżdża do cioci i chciałabym się z nim dobrze pożegnać. Po twarzy bruneta mogłam wywnioskować, że był zawiedziony.
-To może na kawę?
-Z chęcią-odparłam gdy przekraczaliśmy teren szkoły. Eliot jest dla mnie zagadką. Miałam wrażenia jakby znał cały mój życiorys. Przez całą drogę patrzyłam się na popękany beton. Nie wiedziałam czy powinnam wymyślić jakiś temat czy jednak odpuścić. Zdecydowałam się na to drugie. Skoro i jemu nie przeszkadza cisza to nie mam zamiaru się wysilać. Po chwili poczułam jak silne ręce obracają mnie w stronę dość dużego lokalu.
-Myślałem, że nie zdołam cię zatrzymać. Szłaś szybciej ode mnie-zaśmiał się nadal trzymając mnie za ramiona. Patrzyliśmy chwile na siebie. Jego brązowe oczy były tak hipnotyzujące, że mogłabym wieczność na nie patrzeć. Lecz Eliot zrobił krok w tył i otworzył przede mną drzwi. Szybko weszłam do środka i wybrałam miejsce w ostatnim rzędzie. Chłopak poprosił o latte a ja o cappuccino. Nie wiem czemu, ale przy Eliocie dziwnie się czuje. Nawet nie potrafię określić tych uczuć. Z jednej strony wydaje mi się, że nasza znajomość może się skończyć tu i teraz, ale z drugiej, że to mój, a raczej nasz, dobry początek. Gdy zaczęliśmy gadać o naszych zainteresowaniach, na zewnątrz zauważyłam znajomą twarz. Umożliwiały mi to szklane ściany z czego założę się, że wieczorem w kawiarni jest piękny widok. To wszystko wyglądało tak, jakby nas podglądał. Wzięłam ostatni łyk cappuccino.
-Zaraz wracam-oznajmiłam i podeszłam do kelnera, pytając go czy jest jakieś tylne wyjście. Blondyn na początku dziwnie się na mnie spojrzał, ale w końcu pokazał mi czarne drzwi. Gdy byłam na zewnątrz, okrążyłam budynek i zatrzymałam się na momencie, kiedy ściany zrobiły się przezroczyste. Brunet na bank nas podglądał. Z jego miny mogłam wywnioskować, że nie wiedział gdzie poszłam-Luke...Luke!-powtarzałam jego imię chyba dwadzieścia razy. Starałam się aby Eliot mnie ani nie zauważył, ani usłyszał-Kurwa, Brooks!-Luke na szczęście odwrócił się w moją stronę. Szybko do mnie podszedł a ja wiedziałam, że jak mnie zdenerwuje, zrobię mu krzywdę-co ty do cholery tutaj robisz? Podglądasz nas?!-brunet nerwowo podrapał się po karku.
-Nie powinnaś się z nim zadawać. Uwierz mi, że on nie jest ciebie wart-prychnęłam
-A kto jest wart? Może ty?! Luke, daj mi spokój. Mam naprawdę ciebie dość. Co ja ci takiego zrobiłam?-chłopak wzruszył ramionami. Między nami była napięta atmosfera. Myślałam, że sobie pójdzie, ale najwidoczniej nie miał zamiaru-Dobra, ty sobie tak tu stój a ja idę do Eliota-miałam już wchodzić gdy nagle poczułam silny ból na nadgarstku
-Jacqueline, popełniasz duży błąd-powiedział i odszedł. A gdzie jest twój francuski-pomyślałam. Nie zdążyłam zamknąć drzwi a Eliot, nie wiem skąd, był koło mnie. Przełknęłam głośno ślinę.
-Gdzie byłaś i czemu wyszłaś tylnymi drzwiami?
-Poszłam zapalić-to było jedyne kłamstwo jakie przychodziło mi do głowy. Brunet krzywo na mnie spojrzał
-Palisz? Nie widać...
-Ale jednak. To co? Idziemy już?-Eliot kiwnął głową i szliśmy w stronę domu. Okazało się, że chłopak mieszka ulice dalej ode mnie.
-Myślę, że to nie było kłamstwo, bo nie lubię ludzi, którzy mnie okłamują-przytaknęłam. Miałam wyrzuty sumienia, ale nie chciałam mu opowiadać o Brooksie. Pożegnałam się z Eliotem i weszłam do domu. Przy samym wejściu czekał na mnie brat.
-Cześć Jackie!-podeszłam i przytuliłam brata
-Siemka. Jesteś sam?-chłopak rozejrzał się dookoła tak, jakby sprawdzał czy nikt nas nie podsłuchuje.
-Widziałem Seana i mamę w dość dziwnej sytuacji-zmarszczyłam brwi. Nie mogłam zrozumieć co miał na myśli. Ethan ciężko wypuścił powietrze-Jackie. Oni to robili-momentalnie zrobiło mi się słabo. Jak to mogło się stać? Pieprzyli się w jednym z tych pokoi i nawet nie zauważyli, że mój brat ich nakrył? To są chyba jakieś żarty.
_______________ _______________ _______________
Tak więc...Chcę przeprosić, że nie dodawałam rozdziału, ale nie miałam czasu i pomysłu. Osobiście uważam, że ten rozdział jest beznadziejny. A jakie jest wasze zdanie?

piątek, 5 grudnia 2014

Rozdział 5

Poniedziałek. Na samą myśl, że muszę iść do szkoły robi mi się nie dobrze. Mam nadzieję, że żaden z Brooksów tam nie chodzi. Czemu w ogólne o nich myślę? Z trudem wstałam z łóżka i skierowałam się w stronę łazienki. Weszłam pod prysznic i poczułam ulgę gdy ciepła woda oblewała moje ciało. Założyłam szlafrok a włosy związałam w kucyk. Zeszłam na dół do kuchni. Włączyłam radio i zaczęłam robić sobie jajecznice. Pamiętam jak miałam 14 lat i zawszę robiłam ja tacie, gdy szykował się do pracy. Przeważnie znajdywał czas żeby na parę minut usiąść ze mną i pogadać. Wtedy lubiłam poranki. Zawsze wstawałam wcześniej od innych by wszyscy docenili to, co dla nich robię. Byłam wzorową uczennicą. Lubiłam się uczyć. A teraz wszystko się zmieniło. Zawsze spóźniałam się do szkoły i nieraz zostałam przyłapana na wagarach. Do kuchni weszła moja rodzicielka. Oparła sie oblat i patrzyła na moje czynności. Kątem oka spojrzałam na nią. Pierwszy raz widziałam ją tak skupioną na mnie.
-Stało się coś?-zapytałam idąc z talerzem do stołu. Rodzicielka usiadła naprzeciwko mnie i oparła głowę o dłonie. To było dziwne uczucie czując jej wzrok na sobie. Śledziła każdy mój ruch i kęs. Odchrząknęłam i zaczęłam pić wcześniej zrobioną kawę.
-Nie wiem od czego mam zacząć...
-Może od początku?-odparłam tak jakby to było oczywiste. Rodzicielka wzięła głęboki oddech i znów spojrzała na mnie.
-Mam nadzieję, że nie będziesz na mnie zła z tego powodu. Nie robię tobie na złość. Postanowiłam, że Ethan zamieszka u cioci Alice-powiedziała tak szybko, że myślałam, iż się przesłyszałam.
-Co? Czemu?-nie byłam w stanie wymyślić jakieś sensowne pytanie. Zaczęłam się niecierpliwić gdy nie słyszałam żadnej próby odpowiedzi-Masz zamiar coś powiedzieć?-spytałam dość normalnie.
-Tutaj w Melbourne jest mało szkół podstawowych. Złożyłam papiery z prośbą o przyjęcie twojego brata, ale niestety żadna nie mogła go przyjąć-zaczęłam kręcić głową. Nie wierzę jej. Na pewno kłamie, tym razem musi do cholery kłamać. Moja mama zaczęłam mnie uspokajać, ale tylko zacisnęłam pięści. Pobiegłam do łazienki i w błyskawicznym tempie umyłam żeby.Wzięłam torbę i wyszłam z domu. Ona naprawdę chce zrujnować moje życie. Po prostu żywi się moim nieszczęściem. Doskonale wiem jaka jest moja matka, ale tego się nie spodziewałam. Jak może odsyłać Ethana do cioci? Przecież wie jak jestem z nim zżyta. Nie rozumiem dlaczego mi to robi, dlaczego odbiera mi to co bardzo kocham. Nie wystarczyło jej, że ojciec się przez nią zabił. Przecież jeszcze bardziej może mi spieprzyć życie. Byłam tak wściekła, że nie zauważyłam kiedy stałam przy szkole. Wzięłam parę oddechów i w duchu mówiłam sobie, że nie będzie tak źle. Weszłam do budynku i skierowałam się do sali nr 8, w której miałam mieć lekcje. Usiadłam na ławce i rozglądałam się dookoła. Wszyscy świetnie się znali. Każdy miał swoją grupkę przyjaciół. Tylko ja jestem sama. W kopercie, którą dała mi dyrektor, znajdowały się zdjęcia nauczycieli. Ciekawe czy na pewno się zgodzili aby ich wizerunki zostały zobaczone przez obcych uczniów. Nie zdążyłam odpowiedzieć sobie na te pytanie bo oczekiwana przez dłuższy czas nauczycielka otworzyła salę i zachęcała wszystkich do środka. Gdy każdy zajął jakieś miejsce, w sali była grobowa cisza. Nauczycielka spojrzałam na swoje papiery a później jej wzrok przeniósł się na uczniów.
-Dzień Dobry. Mam nadzieję, że weekend dobrze wam minął-kobieta uśmiechnęła się do wszystkich i znów zaczęła gadać-Jak wiecie miała dojść do naszej klasy nowa uczennica. Jacqueline Carter, czy pokażesz się nam?-przez to, że siedziałam na ostatniej ławce, wszyscy odwrócili się do mnie. Zaczęłam powoli wstawać. Czułam się jakbym miała wygłosić jakąś bardzo ważną mowę. Wysłałam nauczycielce błagalny wzrok po czym ona zaklaskała a cała uwaga przeniosła się na nią- No dobrze, więc poznaliście Jacqueline a teraz skupimy się na nowym temacie. Melanie, mogłabyś go zapisać na tablicy?-z pierwszej ławki wstała ta sama blondynka, z którą gadałam parę dni temu. Gdy usiadła na swoje miejsce, odwróciła się w moją stronę tak jakby czuła, że się na nią patrzę i uśmiechnęła się do mnie...Lekcje minęły dość szybko. Przez cały czas trzymałam się z Melanie. Jest naprawdę bardzo miła. Opowiadała mi o nauczycielach i mówiła na którego z nich miałam bardziej uważać. Gdy miałam wychodzić ze szkoły, usłyszałam dość znajomy głos i momentalnie się odwróciłam. Nie, chyba mam jakieś zwidy. Przez korytarz szedł Jai razem z dwoma swoimi kumplami. Gdy mnie zobaczył, szepnął coś im do ucha i odszedł od nich.
-Siema Jackie, co tam?-brunet uśmiechnął się do mnie a ja zrobiłam to samo.
-Cześć, jest okey a u ciebie?-zapytałam dość niepewnie. Chciałam jak najszybciej stąd iść, ale przecież nie mogłam się tak zachować.
-W sumie to samo. Idziesz już do domu?-kiwnęłam głową a Jai szerzej się uśmiechnął-jak chcesz mogę cie odwieść-przez chwilę zastanawiałam się nad jego propozycją. Nie chciałam z nim nigdzie jechać, ale też nie miałam ochoty iść 25 minut pieszo do domu. Poszliśmy na tył szkoły, gdzie znajdował się parking.
-Wiesz co? Jednak się rozmyśliłam, pójdę pieszo-powiedziałam gdy zobaczyłam znajomą twarz. Miałam się odwrócić, ale Jai złapał mnie za nadgarstek. Spojrzałam mu prosto w oczy i widziałam, że ma mieszane uczucia.
-Nie wygłupiaj się. Nie wierzę, że ci się chce iść pół godziny pieszo. Co jest?-otworzyłam usta aby mu odpowiedzieć, ale kierowca samochodu zaczął na nas trąbić.
-Macie zamiar jechać czy nie? Wiecznie czekać nie będę-Luke. A myślałam, że gorzej być nie może. Najwidoczniej znów się pomyliłam. Jai wsiadł do auta i obaj czekali na mnie-Wsiadasz ma belle?
-Nie-bliźniaki wymienili się spojrzeniami. Luke zaczął się śmiać.
-Słuchaj młoda. Ruszaj dupę i wsiadaj do auta-Podeszłam do bruneta.
-Widzisz ten pierścionek?-pokazałam środkowy palec-zaraz przeleci przez szybę i zatrzyma się na twojej pięknej twarzy-Luke podniósł ręce w geście obrony i wzruszył ramionami.
-Nie to nie. Adiós-Brooks odpalił samochód i odjechał. Z ulgą odetchnęłam i skierowałam się w stronę domu. Teraz ma zamiar mówić po hiszpańsku? Żałosne.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Rozdział 4

Zapowiadał się zwyczajny dzień. Otworzyłam okno aby przewietrzyć pokój. Zeszłam na dół aby coś zjeść. Zrobiłam tosty i usiadłam przy stolę. Mojej rodzicielki nie było w domu, więc miałam święty spokój. Przeglądałam gazetę gdy moją uwagę przykuł pewien artykuł.
Po tygodniu poszukiwania policja znalazła zaginioną Alice Smith. Zmarła z powodu wykrwawienia się. Dziewczyna miała poderżnięte gardło i liczne rany na brzuchu. Siedemnastolatkę znaleziono w pobliskim lesie w Melbourne. Sprawca nie został jeszcze znaleziony. Policja robi wszystko co w jej mocy aby go znaleźć.
Serce zaczęło mi mocniej bić. Przecież to mogło zdarzyć się niedaleko mnie. Przeraża mnie myśl, że zabójca jest na wolności. A co jeśli i mnie coś takiego spotka? Zamknęłam raptownie gazetę i poszłam na górę. Włączyłam laptopa i wpisałam w wyszukiwarkę imię i nazwisko zabitej dziewczyny. Niestety niczego się nie dowiedziałam. Zastanawiałam się kto to mógłby być. Może jakaś zazdrosna dziewczyna lub kochanka jej ojca. Wszystko było możliwe. Nie rozumiem już ludzi. Zrobią wszystko, żeby dostać to co chcą. Pomagają sobie niż innym. Według mnie świat zaczyna schodzić na psy a ludzie robią się nieobliczalni. Postanowiłam przejść się do przyszłej szkoły. Wczoraj wieczorem przed umyciem się rozmawiałam z mamą. Jeśli  w ogóle można to nazwać rozmową. Moja rodzicielka prosiła, a wręcz kazała abym tam poszła. Mówiła, że musiała błagać dyrektorkę aby mnie przyjęła. Nie musiała tego robić, ale to moja matka. Jej nie zrozumiesz. Naprawdę nie chcę się z nią kłócić, ale dość często robi z czegoś problem. Kiedy mój ojciec jeszcze żył, nie było takich sytuacji. Czasami zastanawiam się czy mnie kocha, czy jednak udaje. Weszłam do budynku. Wyglądał na nawet starą szkołę ale wewnętrzna część znacznie się różniła od zewnętrznej. Ściany miały kolor kakaowy a wiszące na nich obrazy przedstawiały jakieś krajobrazy. Idąc, ciągle patrzyłam na drzwi. Nie mogłam znaleźć kancelarii. Z wytłumaczeń mojej mamy wynikało, że są one przy sali gimnastycznej, ale i to nie mogłam znaleźć. Czy ja jestem ślepa? Już myślałam, że będę musiała się wracać, ale zauważyłam dziewczynę idącą w moją stronę.
-Cześć, wiesz gdzie jest kancelaria?-blondynka popatrzyła na mnie a potem szeroko się uśmiechnęła.
-Jesteś Jacqueline, prawda? Miło Ciebie poznać-kiwnęłam głową a dziewczyna wyciągnęła dłoń, którą po chwili uścisnęłam. Postanowiła oprowadzić mnie po szkole i pokazać tą przeklętą kancelarie. Blondynka nazywała się Melanie. Jest bardzo ładna i sympatyczna. Prawdopodobnie będziemy chodzić do tej samej klasy. Wytłumaczyła mi, że w pierwszych dniach szkoły mogę nieco się pogubić, ale po tygodniu będę się mniej więcej orientować. Ucieszyłam się, że do niej zagadałam. Chociaż nie będę sama w tej szkole. Melanie zatrzymała się przy dużych, drewnianych drzwiach-Tu właśnie jest kancelaria. A tam obok..-pokazała w prawą stronę-jest sala gimnastyczna. Myślę, że polubisz to miejsce-Melanie pogłaskała mnie po ramieniu a następnie odeszła. Stałam kilka minut przy drzwiach. Czy na pewno chcę tam wejść? Chyba nie mam innego wyboru. Chyba, że w przyszłości chcę szorować kible. Ech...zdecydowanie nie. Wzięłam głęboki oddech, zapukałam i weszłam do środka. Na samym końcu pomieszczenia stało długie biurko, przy którym siedziała młoda kobieta. Spojrzała w moją stronę i gestem ręki oznajmiła abym usiadła. Siedziałam dość dłuższą chwile i miałam wrażenie, że umrę na tym fotelu, ale jednak się odezwała.
-Witam, nazywam się Margaret Gray i jestem dyrektorką tej szkoły. A ty zapewne jestem Jacqueline Carter, tak?-kiwnęłam głową. Margaret spojrzała na papiery i następnie jej wzrok znów powędrował na mnie-Więc tak. Będziesz chodziła do klasy 2B, która znajduje się obok biblioteki. U nas w szkole panują ściśle przestrzegane zasady. Nie tolerujemy spóźnień a gadżety z dwudziestego pierwszego wieku są tutaj niedopuszczalne, więc radzę abyś zostawiła je w domu. Jeżeli zasady nie będą przestrzegane, spotka cię kara-krzywko spojrzałam na dyrektorkę. Naprawdę? Zero telefonu? U nas w Frankston nie patrzyli na to czy na przerwach wyciągaliśmy komórki i nie było tam żadnych debilnych zasad-Tutaj są wszystkie informacje, naprawdę podporządkuj się tym regułom-Margaret wstała i odprowadziła mnie do drzwi-Do zobaczenia-uśmiechnęłam się sztucznie i wyszłam ze szkoły. No pięknie. Lepiej mogło nie być. Nigdy nie trzymałam się zasad, zawsze robiłam to co chciałam a teraz muszę to zmienić. Żałuje, że tam poszłam. Droga do domu dłużyła się. Ogólnie do szkoły mam jakieś 25 minut. Moja matka nie będzie mogła mnie przywozić bo zaczyna pracę  o 7 , ale jak to ona, musi być wcześniej. W domu byłam około godziny 17. W czasie powrotnym zatrzymałam się w rożnych miejscach. Odkryłam, że niedaleko parku jest plac zabaw. Na pewno Ethanowi spodoba się to miejsce. Większość czasu siedziałam w parku i to dlatego wróciłam o tej godzinie. Zrobiłam sobie kanapki i poszłam do swojego pokoju. Czy życie musi być takie okrutne? Ledwo co się tu sprowadziłam a już zdążyłam zatęsknić za wcześniejszym światem. Czasami zastanawiam się jaka była prawdziwa przyczyna przyjazdu. Moja matka twierdzi, że Frankston niesie jej złe wspomnienia, ale ja wiem, że chodzi tu o coś zupełnie innego. Może kiedyś podzieli się tą "tajemnicą" lub sama ją odkryje. Czas pokarze. Podeszłam do pudełka, który stał niedaleko mojego łóżka. Znajdowały się w nim pamiątki po moim ojcu. Nasze wspólne zdjęcia, czapka, z którą praktycznie wcale się nie rozstawał i komórka. Nigdy nie odważyłam się ją włączyć. Można powiedzieć, że boję się tego co zobaczę. Jakieś głosy w mojej głowie mówią mi, że znajdę w nim odpowiedź na wszystkie moje pytania. Zastanawiam się tylko czy tego chcę. Może to co bym przeczytała bądź zobaczyła, pogorszyłoby bardziej moją sytuację. Puściłam telefon. Schowałam pudełko pod łóżko i delektowałam się ciszą. Nie potrwało to długo. Coś walnęło w szybę. Podeszłam bliżej okna i zobaczyłam Luka. Czemu codziennie musi o sobie przypominać? Czy nie może zostawić mnie w spokoju? Zauważyłam, że trzyma w ręce białą kartkę, na której był napis PRZEPRASZAM. Uśmiechnęłam się, choć nie wiem czemu to zrobiłam. To było nawet słodkie, ale Luke nie może być słodki. Próbuje pewnie załagodzić sytuacje. Jeśli myśli, że takim czymś zmieni moje zdanie o nim, to jest w grubym błędzie. Będzie musiał się postarać. Brunet spojrzał w drugą a następnie na mnie i pomachał. Wróciłam na swoje wcześniejsze miejsce i wyciągnęłam książkę, którą zaczęłam od razu czytać.

czwartek, 27 listopada 2014

Rozdział 3

Obudziłam się o 10. W nocy dręczyły mnie koszmary, w których pojawiał się tajemniczy chłopak. Przez chwilę miałam wrażenie, że go znam, ale miałam pustkę w głowie i nie mogłam sobie nic przypomnieć. Brzuch dawał o sobie znać, więc zeszłam na dół. Wyciągnęłam chleb i posmarowałam go dżemem jagodowym. Zrobiłam sobie też kawę, którą szybko wypiłam. Do kuchni weszła mama. Zachowywała się tak, jakby mnie nie było. Zrobiła zieloną herbatę po czym usiadła na przeciwko mnie. Patrzyłam w swój pusty talerz a potem bawiłam się kubkiem. Cały czas czułam na sobie wzrok rodzicielki.
-Gdzie wczoraj byłaś?-zapytała dość obojętnie. Wahałam się nad powiedzeniem prawdy, ale i tak nic sensownego bym nie wymyśliła.
-Poszłam się przejść-mama kiwnęła głową, ale i tak wiedziałam, że ma to gdzieś. Chciałam wstać, ale znów się odezwała.
-Byłabyś taka miła i poszłabyś przywitać się z sąsiadami? Jesteś tu już cztery dni-krzywo na nią popatrzyłam. Nie miałam zamiaru do nikogo iść, ale nie chciałam robić kolejnej awantury, dlatego kiwnęłam głową. Poszłam do pokoju się ubrać. Założyłam spodenki z wysokim stanem i dość luźną bluzkę na ramiączka. Zeszłam i kierowałam się w stronę wyjścia. Klęknęłam aby zawiązać buty i z niechęcią opuściłam dom. Szłam w stronę dużego białego domu. Zapukałam i czekałam aż drzwi się otworzą. Zastanawiałam się co powiedzieć. Nie wiedziałam nawet kogo tam zastanę. Może starszą parę albo jakąś młodą kobietę, ale tego się nie spodziewałam. Przed wejściem ukazał się młody chłopak, około lat 20, był dobrze zbudowany i nawet przystojny. Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie, ale dłużej tej ciszy nie mogłam znieść.
-Cześć jestem Jacqueline, nowa sąsiadka-chłopak posłał mi uśmiech.
-I po to tu przyszłaś?-cicho się zaśmiał. Zrobiłam krok do przodu a brunet momentalnie się wyprostował.
-Nie, moja matka mnie tu wysłała, więc zrób jej przyjemność i wpuść mnie do środka-Chłopak się odsunął i nie zastanawiając się ani minuty dłużej weszłam do pomieszczenia.
-Chłopaki, mamy gościa!-brunet krzyknął a ja podskoczyłam ze strachu-A tak w ogóle jest Beau-moje oczy się rozszerzyły. Skądś znam to imię. Nie zdążyłam nawet nad tym głębiej się zastanowić a do pomieszczenia weszło dwóch chłopaków. Wysoki brunet nazywał się Daniel a trochę niższy blondyn, James. Muszę przyznać, że jak na pierwszy rzut oka wydają się sympatyczni. Staliśmy tak bez ruchu, ale gdy usłyszałam znany mi głos odwróciłam się i zobaczyłam Luka.
-Witam cię ma belle-brunet uśmiechnął się a tuż po tym podszedł do reszty chłopców. Wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli a muszę przyznać, że było mi trochę niezręcznie-może pójdziemy się czegoś napić-zaproponował. Wszyscy skierowali się w stronę kuchni. Wzięłam szklankę i wypełniłam ją sokiem. Daniel zaczął opowiadać kawały, które naprawdę były śmieszne. Polubiłam tego chłopaka. Ogólnie wszystkich polubiłam, ale co do Luka to nie wiem. Dziwnie się zachowuje. Ciągle patrzył się na mnie tak jakby chciał wyczytać coś z mojego ciała. Zaczęłam ignorować jego spojrzenie i oparłam się o blat. Słuchałam dość dziwne, ale i śmieszne wpadki chłopaków. Luke wstał i szedł w moją stronę. Serce zaczęło mi mocnej bić, gdy nasze oczy się spotkały-Podoba ci się tu, hm?-mruknął a jego ręka ścisnęła mój pośladek.
-Przestań-wysyczałam i odepchnęłam go.
-Chyba nie znasz się na żartach-pokazałam mu środkowy palec a brunet znów zbliżył się do mnie.
-Czemu jesteś taka spięta. Może cię rozluźnić?-wkurzyłam się i wylałam sok na jego twarz. Wszyscy popatrzyli się na mnie. Luke zaśmiał się a ja pożałowałam, że to zrobiłam. Chłopak zarzucił mnie na ramię i szedł w stronę basenu.
-Puść mnie, idioto!-zaczęłam walić pięściami w plecy bruneta, ale nic to nie dało-Luke, puść mnie!
-Jak sobie życzysz chérie-chłopak znów się zaśmiał a po chwili wrzucił mnie do wody. Daniel, James i Beau ukrywali swój śmiech a ja myślałam, że ich wszystkich zabije. Wyszłam z basenu i szłam w stronę Luka, który zajął się rozmową z Beau. Z całej siły popchnęłam go i również wpadł do wody. Chłopaki zaczęli się głośniej śmiać a ja wykorzystałam sytuację, że nikt na mnie nie patrzy i wyszłam z domu. Miałam już zamykać furtkę, ale ktoś zaczął mnie wołać.
-Jacqueline!  Przepraszam cię za mojego brata. Wiesz, on lubi robić takie typu żarty. Przykro mi, że to się stało-stałam i analizowałam każde zdanie wypowiedziane przez bruneta-jestem Jai. Brat bliźniak Luka-kiwnęłam głową a Jai patrzył na mnie i czekał aż coś powiem.
-Jest w porządku. Muszę już iść-odwróciłam się i skierowałam się w stronę domu, ale znów usłyszałam swoje imię-Jacqueline, allez, au revoir!-Machnęłam ręką i zniknęłam z jego pola widzenia. Nienawidzę francuskiego i  nienawidzę Luka. Ten dzieciak zaczyna mnie ostro denerwować. Niech tylko mnie dotknie a pożałuje. Zamknęłam się w pokoju, ale niedługo po tym usłyszałam pukanie. Ethan. Uśmiechnął się do mnie i rozsiadł się wygonie na krześle. Dobrze wiedziałam po co tu przyszedł. Otworzyłam swoją szufladę, ale ku mojemu zdziwieniu nie było tam mojej komórki. Niemożliwe. Przecież nie mogłam ją zostawić u Brooks'ów. Spokojnie Jacqueline, pomyśl gdzie ostatnio go widziałaś...Blat. Tam własnie go zostawiłam. Na blacie w kuchni u Brooksów. Świetnie, gorzej nie mogło być. Przeprosiłam brata i powiedziałam, że zaraz przyjdę. Nie pomyślałabym, że drugi raz w ciągu jednego dnia znajdę się u nich w domu. Modliłam się tylko aby Luke nie otworzył drzwi. Odetchnęłam z ulgą gdy ujrzałam Jai'a.
-Witam ponownie-brunet uśmiechnął się i wpuścił mnie do środka. Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie go nie było.
-Coś się stało?-zapytał chodząc cały czas za mną. Poszłam do kuchni, ale tam również go nie znalazłam. Serio?
-Szukam telefonu. Musiałam go u was zostawić, ale nigdzie go nie widzę.
-Może wpadł do basenu-serce zaczęło mi mocniej bić. Szybko pobiegłam w stronę wody. Niech to szlag. Gdzie on jest?! Jai postanowił mi pomóc i poszedł do innych pomieszczeń a ja zostałam przy tym przeklętym basenie.
-Tego szukasz, ma belle?-Luke stał uśmiechnięty od ucha do ucha. Chciałam chwycić swój telefon, ale brunet mi to uniemożliwił, wkładając ją do tylnej kieszeni.
-Oddaj. Ten. Pieprzony. Telefon-wysyczałam. Luke zaczął bawić się kolczykiem w wardze.
-Nic nie ma za darmo, kochanie. Coś za coś-nic nie mówiąc, czekałam aż rozwinie bardziej swoje zdanie-Dam ci telefon za buziaka-prychnęłam-w usta-dodał po chwili. Ja chyba śnie. Wiedziałam, że nie odda mi komórkę dopóki go nie pocałuje. Wypuściłam powietrze i przybliżyłam się do chłopaka. Luke wpił się w moje wargi a jego ręką powędrowała do mojej kieszeni. Odsunęłam się od bruneta i spojrzałam na jego twarz, która nic nie wyrażała.
-Dupek-uśmiechnęłam się sztucznie i się odwróciłam. Luke stanął mi w drodze i dodał:
-Będziesz chciała tego więcej-pokazałam mu środkowy palec i ominęłam go.
-Pieprz się, Luke-brunet już tego nie skomentował tylko odszedł. Oddałam telefon Ethanowi a później położyłam się i usnęłam.

Bohaterowie

Jacqueline Carter (17)


Melanie Webb (17)


Nell Wood (17)


Katherine Carter (45)


Caroline Turner (19)

Ethan Carter (10)

Sean Liee (23)


Eliot Owen (18)

Jai i Luke Brooks (19)

Beau Brooks (21)

James Yammouni (18)


Daniel Sahyounie (20)








niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 2

Obudziły mnie wrzaski mojego młodszego brata. W błyskawicznym tempie zeszłam na dół. Ethan zaczął skakać i biegać jak oszalały. Nigdy go takiego nie widziałam.
-Ethan, dobrze się czujesz?-zapytałam troche zdenerwowana. Mimo, że było południe, poszłabym znów do łóżka. Brunet popatrzył na mnie a następnie podał mi kartkę. "Jacqueline, będę wraz z Seanem o 16, gdy wrócimy postaraj się być w domu...Postanowiliśmy, że pojedziemy wszyscy razem na wesołe miasteczko :)" Chwilę patrzyłam na kartkę a później ją zgniotłam i rzuciłam o ścianę. Moja mama myśli, że przekupi mnie wesołym miasteczkiem? Może Ethana tak, ale mnie nie.
-Jackie będzie fajnie zobaczysz. Wszyscy się lepiej poznamy. Może Sean taki zły nie jest?-cicho się zaśmiałam. Nie mam zamiaru nigdzie z nimi iść. Wróciłam do pokoju, ubrałam się w ciemne jeansy i założyłam jasny top. Popatrzyłam na okno.  Na zewnątrz świeciło słońce, więc na pewno jest ciepło. Postanowiłam przejść się z bratem, który ucieszył się z tego pomysłu. Szliśmy wolnym krokiem w stronę parku. Zdążyłam już mniej więcej orientować się gdzie co jest. Usiadłam na ławce a brat gonił gołębie.
-Cześć, mogę się przysiąść?-spojrzałam w prawą stronę. Obok mnie stał wysoki brunet. Przytaknęłam a chłopak usiadł-Jestem Luke-odezwał się po jakimś czasie. Szczerze mówiąc wolałabym siedzieć sama. Wiem, że to zabrzmiało podle, ale taka właśnie jestem.
-Jacqueline-Luke posłał mi uśmiech
-Jesteś nowa, prawda?-kiwnęłam głową-zawsze tak mało mówisz?
-Przepraszam, ale mam zły dzień-odpowiedziałam patrząc na Ethana, który zbierał liście. Brunet się zaśmiał a ja nie wiedziałam co takiego śmiesznego było w tym, że mam zły dzień. Mimo, że długo z nim nie rozmawiałam, zaczynam go nie lubić- Co cię tak rozśmieszyło?
-Zobaczysz niedługo-Luke znów się uśmiechnął po czym wstał i odszedł. Nadzwyczajnie sobie odszedł a to było dziwne. Co to znaczy, że niedługo zobaczę? Zawołałam brata i postanowiłam wracać już do domu. Zbliżała się godzina 16. Ethan chodził w kółko czekając aż drzwi się otworzą. Usłyszeliśmy samochód a to oznaczało, że już przyjechali. Wkurzało mnie to, że zawsze tam gdzie jest moja mama musi być Sean a jeszcze bardziej że z nim mieszkamy. Do pomieszczenia weszła mama. Była szczęśliwa a mój humor jeszcze się pogorszył.
-I jak gotowi? Sean czeka na nas w samochodzie-brat w wampirzym tempie pobiegł na zewnątrz, ja nie zamierzałam nigdzie iść. Mama popatrzyła na mnie ze znakiem zapytania na twarzy po czym westchnęła głęboko-Jackie, kochanie, czemu nie idziesz?
-Bo nie chcę. Myślałaś, że co? Wskoczę ci na ramiona dziękując, że jedziemy "całą rodzinką" do wesołego miasteczka? Najwidoczniej się pomyliłaś-Weszłam na górę i zamknęłam się w pokoju. Jeszcze ma do mnie wyrzuty. Dobrze wie, że po śmierci ojca zmieniłam swoje nastawienie do wszystkiego. Najbardziej mam do niej żal, że ucieka od problemów. To jest jej wina, że tata się zabił. Tylko i wyłącznie JEJ. Przez parę minut moja rodzicielka dobijała się do drzwi. Zaczęła mi tłumaczyć jak powinnam się zachowywać i nie powinnam być na wszystkich zła. Ona po prostu nic nie rozumie a ja nie będę jej tego powtarzać po raz setny. W końcu odpuściła, poinformowała mnie tylko, że wrócą dość późno i żebym na nich nie czekała. Gdy tylko usłyszałam oddalający się samochód, postanowiłam wyjść z domu. Szłam wolnym krokiem, nie wiedziałam nawet dokładnie gdzie chcę iść. Zawsze gdy jestem zła wychodzę i nie ma mnie dobrych paru godzin. Moja rodzicielka do tego już przywykła. Nie pyta nawet gdzie i z kim byłam. Od śmierci ojca zaczęła się mniej mną interesować. Kiedyś denerwowało mnie to, ale teraz nie zwracam na to uwagi. Kiedy tata jeszcze żył, byliśmy szczęśliwą rodziną, ale teraz wszystko się zmieniło: Mama żyje pracą, ja zaczęłam się buntować a Ethan..cóż, chyba nie do końca do niego dotarła śmierć ojca. Może nawet lepiej? Nie chciałabym widzieć go podbitego przez długi czas, lepiej żeby nie stał się...mną.
-Chyba lubimy spacerować, co?-podskoczyłam do góry gdy usłyszałam tuż za mną czyjś głos. Dopiero jak się odwróciłam zobaczyłam Luka.
-A Ty lubisz kogoś straszyć, hm?-oboje zaśmialiśmy się. Luke zaczął mnie interesować. Jest bardzo skryty i tajemniczy a ta cecha jest mi znana. Widać było po brunecie, że dba o siebie i często przesiaduje na siłowni. Tak głębiej się zastanawiając brakowało mi kogoś, z kim mogłabym szczerze porozmawiać. W Frankston miałam mało przyjaciół a parę tygodni przed moim wyjazdem, odwrócili się ode mnie. Nawet o nich nie walczyłam, nie widziałam sensu by to robić. Skoro odeszli mieli jakiś powód a tak właściwie zobaczyłam jakich mam prawdziwych kolegów.
-Opowiesz coś o sobie?-zapytał po dłuższej chwili. Zawsze gdy gdzieś idę odłączam się od świata rzeczywistego. Spojrzałam na chłopaka. Jego wzrok był wlepiony w ziemię, najwidoczniej pomyślał, że nie odpowiem.
-Jestem Jacqueline Carter. Moja matka postanowiła tu zamieszkać nie pytając mnie o zdanie. Jak widzisz, nie jestem z tego powodu szczęśliwa, ale przyzwyczaiłam się do tego. Zawsze moje zdanie się nie liczyło, więc czego mogłam się spodziewać?-Luke spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach. Chyba było mu smutno, że nie mam takiego kolorowego życia jak mu się wydawało. Zawsze wszystkim tak samo odpowiadałam na to pytanie. W ciągu dwóch lat przeprowadziliśmy się do czterech miast a Frankston miał być tym ostatnim, tak bynajmniej mi obiecywała. Ha! A jednak jej uwierzyłam. Jestem najgłupszą osobą. Momentalnie łzy pojawiły się w moich oczach. Próbowałam to zakryć i raczej mi się udało.
-A Ty co powiesz o sobie?-nasze spojrzenia się spotkały a na moich policzkach pojawiły się rumieńce. Dobrze, że jest ciemno.
-Jestem Luke Anthony Mark Brooks-próbowałam zakryć swój uśmiech-Proszę, nie śmiej się z moich imion, nie ja je wybierałem-zaśmiałam się a Luke mówił dalej-mam dwóch braci. Jai'a, który jest prawie tak samo przystojny jak ja i Beau. Najstarszy, ale najgłupszy-Chłopak spojrzał na zegarek-Hugh...Muszę już iść, jestem umówiony. Przepraszam. Do zobaczenia-uśmiechnęłam się do niego a Luke poczochrał mnie po włosach i zniknął. Nie widziałam już sensu by iść dalej, więc zawróciłam się i kierowałam się do domu. Miałam tylko nadzieję, że mojej rodzicielki jeszcze nie będzie w mieszkaniu.

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 1


Ciągle patrzyłam na okno nie mogąc uwierzyć, że to się stało. Wystarczyła tylko jedna osoba, aby zrujnowała moje życie. Czemu właściwie ja? Czy Bóg  nie mógł wybrać inną osobę, tylko mnie? A przede wszystkim, czym sobie zasłużyłam, aby mieć taką matkę? Zabrała mi wszystko na co mi strasznie zależało. Przyjaciół, chłopaka, dom. Mogłabym wyliczać wszystko po kolei, ale szkoda mojego czasu. Obiecałam sobie, że gdy skończę 17 lat wyprowadzę się i zamieszkam na jakieś samotnej wysepce, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Pff...pieprzone marzenia, które nigdy się nie spełnią. Po co one są? Tylko niszczą nasz umysł.
-Jacqueline-popatrzyłam na mojego młodszego brata-mogę zagrać na twoim telefonie?-zapytał. Kiwnęłam głową, po czym otrzymał to co chciał. Odkąd dostałam nowy telefon od cioci, mój brat używa go częściej ode mnie. Jak zwykle moja mama nie mogła mi kupić, ponieważ stwierdziła że nie będzie wydawała pieniędzy na moje zachcianki-choć ją błagałam i prosiłam parę miesięcy. Mój stary telefon miał 3 lata, pękniętą szybkę i po jakimś czasie niektóre klawisze przestały działać. Czy to nie są dobre argumenty aby zmienić telefon na lepszy? Oczywiście, póki działał, moja rodzicielka nie widziała żadnego problemu i wszystko co jej  mówiłam obijało się o ściany.
-Jackie, mogłabyś podać moją torebkę? Muszę zadzwonić do Seana i zapytać czy jest w domu-zrobiłam to co mi kazała. Nienawidziłam jak zdrabniała moje imię, ale ona uważała się wtedy za bardziej "nowoczesną mamę", chociaż tak nie jest. Sean to najlepszy przyjaciel mojej mamy, wiem, że ich łączy coś więcej niż przyjaźń, ale za każdym razem gdy jej to mówię, wychodzi z tego wielka awantura i broni swoje zdanie, mówiąc, że są dobrymi kumplami. Nie wierzyłam jej, widziałam jak Sean patrzy na nią, PRZYJACIEL inaczej patrzyłby tak na swoją przyjaciółkę.
-musimy z nim mieszkać?-powiedziałam oburzona przerywając długą ciszę. Mama spojrzała na mnie przez lusterko-Jackie, Sean mieszka w Melbourne dość długo, zna bardziej to miasto ode mnie, nie sądzisz, że będzie nam w ten sposób łatwiej?-przewróciłam teatralnie oczami.
-Wszystko byłoby łatwiejsze gdybyśmy nie opuszczali  Frankston, ale twoje zdanie jest ważniejsze od mojego i Ethana. Myślisz tylko o sobie mamusiu-wysyczałam przez zęby. Rodzicielka już na mnie nie spojrzała, nawet z tego powodu się ucieszyłam. Nie musiałam wysłuchiwać jaka jestem bezczelna, że w taki sposób mówiłam do niej. Po paru minutach byliśmy na miejscu. Ethan wyskoczył z samochodu ciesząc się tak, jakby dostał nową zabawkę. Moja mama przywitała się Seanem, popatrzyła na mnie a ja wiedziałam, że tłumaczy mu dlaczego nie wysiadłam z auta. Witaj w nowym domu Jacqueline, powiedziałam sama do siebie. Wysiadłam z samochodu, wzięłam swoją walizkę i kierowałam się w ich stronę.
-Jacqueline, jak miło Cię widzieć-Brunet podszedł do mnie i mnie uścisnął. Nie cieszyłam się z tego powodu tak bardzo jak on, chciałam wrócić do samochodu i odjechać, ale dobrze wiedziałam, że to się nie stanie. Gdy się odsunął, spojrzał na mojego brata i posłał mu uśmiech. Wszyscy weszliśmy do środka. Dom był dość spory, zdziwiłam się, że chciał mieszkać w takim dużym mieszkaniu samotnie. Sean oprowadził nas po domu, pokazał nam wielką kuchnie, która łączyła się z salonem i łazienkę, która również mała nie była. Weszliśmy na górę. Pokazał nam nasze pokoje. Mój był nowoczesny i duży, ściany miały kolor beżu. Łóżko znajdowało się na prawej stronie pomieszczenia a obok niego wielkie okno. Zostawiłam swoją walizkę i zeszłam na dół.
-Jak Ci się podoba twój pokój, Jackie?-zapytał Ethan, spoglądając to na mnie to na telefon.
-Jest fajny-uśmiechnęłam się a mój brat to odwzajemnił-idę się przejść, mogę wziąć telefon?-Ethan kiwnął głową i oddał komórkę. Nie oznajmiając reszcie, wyszłam z domu.